Yaoi Fan - Forum Literackie

Forum Yaoi Fan Strona Główna
 

 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja  Profil   

Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

 
Tekst H [S.E.] *Bel e Muir*


 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Yaoi Fan Strona Główna -> Konkursy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość

mrugacz
Druid
Druid




Dołączył: 30 Kwi 2006
Posty: 354
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 7 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: kraków & co

PostWysłany: Sob 19:50, 16 Wrz 2006    Temat postu: Tekst H [S.E.] *Bel e Muir*

TEKST H

ŻEBRACY NA KONIACH


”Gdyby marzenia były końmi, żebracy jeździliby wierzchem” – przysłowie angielskie


To się nie uda, myślałem, wracając ze spotkania Zakonu do swych zimnych, znajomo nieprzystępnych lochów. Tym razem jednak ich chłód nie przyniósł mi ukojenia. Tym razem ich mury nie stanowiły ucieczki, ani przed rzeczywistością, ani przed niczym innym.

To nie ma prawa się udać! Czarny Pan wreszcie zdołał obmyślić plan na Zbrodnię Doskonałą, a ja mam być tym, który powstrzyma? Brednie! Nie jestem Złotym Chłopcem Dumbledore’a, ten stary piernik najwyraźniej stracił już wszystkie klepki, jakie posiadał, a nawet i te, których iluzję istnienia roztaczał wokół siebie. Albo szaleństwo, albo starcze zdziecinnienie najwyraźniej wygrało wreszcie z jego światłym niegdyś umysłem. Albo i jedno, i drugie...

Do diabła, czy ja wyglądam jak jakiś pieprzony rycerz w złotej zbroi?! Czy po to przez lata roztaczałem wokół siebie aurę: „nie dotykać, substancja silnie toksyczna”, żeby teraz wrobiono mnie w samobójczą misję z rodzaju tych, które tak wyraźnie odpowiadają gustom tego smarkacza Potterów?... Nie wydaje mi się. A jednak rozkaz to rozkaz, iskierki w oczach Dumbledore’a działają pełną parą i trzymają mnie w szachu równie skutecznie, jak wyciągnięta różdżka...

Szlag. Ten stary pierdziel pewnie doskonale wie, że bez względu na moje obiekcje, w głębi duszy i tak wiem doskonale, że to TRZEBA uczynić. Życie moje za życie kilku setek uczniów to chyba nie jest zbyt wysoka cena, prawda?...

Wiem, że nikt by za mną nie tęsknił, tylko to jest MOJE życie, do cholery, i wcale nie uśmiecha mi się żegnać z nim tak szybko. A nawet jeśli już miałbym je stracić, to... To przynajmniej chciałbym spędzić swoje ostatnie chwile w zgoła inny sposób, niż w jaki spędziłem poprzednie lata, ba!, całe swoje dotychczasowe życie.

Nie chciałem umierać samotnie.

Westchnąłem ciężko, po czym wymamrotałem hasło do portretu Rasputina, który bronił wstępu do moich prywatnych komnat. Opadłem na starą, wytartą już w niektórych miejscach kanapę i zapatrzyłem się tępo w hipnotyzujące płomienie kominka, zamyślając się na powrót.

Umrę sam, wiedząc, że nikogo to nie obejdzie.

Cóż, nigdy nie byłem i nie będę osobą, którą można łatwo kochać, albo chociażby lubić. Jeśli ktokolwiek mnie szanował, to tylko dla moich zdolności jako Mistrza Eliksirów albo użyteczności jako szpiega w szeregach Śmierciożerców; a często nawet i tego szacunku mi odmawiano. Jestem zbyt zgorzkniały i nazbyt złośliwy, by być witany z radością w jakimkolwiek kręgu, nawet wśród popleczników Czarnego Pana.

Persona non grata wszędzie, gdzie się pojawiam, tak wśród wrogów, jak i pośród przyjaciół... Czy to dlatego tak bardzo chciałbym, by ktoś stał przy moim boku w ciągu prawdopodobnie ostatnich dni mojego życia?

Skrzywiłem się na kierunek, w jakim płynęły moje myśli. Ten mój sentymentalizm jest żałosny! JA jestem żałosny.

Może to nawet lepiej, że nigdy nie miałem żony, dziecka?... Merlinie broń, żeby taka karykatura ludzkiego istnienia, jaką jestem, miała potomków i rozpleniła swe ułomne geny na tej ziemi. Patrząc pod tym kątem, powinienem być głęboko wdzięczny za moje homoseksualne skłonności; przynajmniej wyświadczyłem jakąś przysługę ludzkości, kończąc swą żałosną egzystencję na własnej osobie.

Nie mówiąc o tym, jak okropnym byłbym ojcem, mężem!

Ale nigdy się już nie dowiem, prawda? Nawet nie będę miał okazji.

Ukryłem twarz w dłoniach, czując, jak oczy mnie pieką w bolesnej, do tej pory z premedytacją wypieranej ze świadomości potrzebie wypłakania wszystkich bólów, obaw i żali w postaci gorących, słonych łez. Ale powstrzymałem tę oznakę słabości, drżąc na całym ciele od wysiłku woli, by nie dać upustu kotłującym się we mnie uczuciom.

Na przekór wszelkim wysiłkom, by pozostać niewzruszonym i opanowanym, nagle zapragnąłem zatopić się w czyichś ramionach i po prostu płakać, nie wstydząc się i nie musząc utrzymywać zimnej, bezuczuciowej maski, która stała się już tak naturalna, że nawet w samotności swoich lochów starałem się ją utrzymywać. Zapragnąłem, by choć raz ktoś mnie pocieszył... kochał?

Tak, kochał, właśnie mnie, zgorzkniałego i sarkastycznego Severusa Snape’a, choć na to nie zasługiwałem, nie z takim ciężarem win na sumieniu. By pomimo tego wszystkiego, co zrobiłem, co uczyniłem – ktoś mnie kochał.

Heh. Mówią, że gdyby marzenia były końmi, żebracy jeździliby wierzchem... A ja jestem takim właśnie, duchowym i emocjonalnym żebrakiem. Może wyżebram od kogoś trochę uczucia?

Pieprzyć dumę i godność, prawdopodobnie umrę, nim zacznie się nowy rok szkolny! Nie potrzebuję kolejnej dawki arystokratycznej wyniosłości, ta niech pozostanie domeną Lucjusza; ja potrzebuję obecności drugiej osoby. Wsparcia. Ciepła. Dotyku. Tego wszystkiego, czego braku starałem się ignorować, lecz co nie zmieniało faktu, iż głodowałem.

I ów głód uczucia właśnie przeżarł się przez mury, który z taką skrupulatnością budowałem wokół własnego serca.

Zadrżałem i objąłem się ramionami, czując na skórze dech paraliżującego zimna, choć ogień trzaskał raźno w kominku. To zimno nie było zwykłym chłodem ciągnącym od kamiennych podłóg i ścian lochów. To było coś gorszego, coś z wnętrza, coś z głębi. I nic, co zrobię, nie będzie w stanie mnie rozgrzać...

... tylko zamykające się wokół mnie ciepłe, silne ramiona. I znałem sposób, by zrealizować ten sen.

Prawo Ostatniej Nocy.

Samotni czarodzieje i wiedźmy, znalazłszy się w sytuacji, gdy nie spodziewali się szansy przeżycia, mogli poprosić dowolną osobę o towarzyszenie im podczas ostatnich chwil życia, by te nie były wypełnione udręką osamotnienia, lecz stały się źródłem ciepła, uczucia, wsparcia. Prawo Ostatniej Nocy było szanowane przez świat czarodziejski na równi z Prawem Ostatniego Życzenia umierającego, i było prawdziwym przywilejem.

Ale kogo ja mógłbym o to prosić? W takiej sytuacji najlepszym wyborem byłby któryś z przyjaciół, ale... nie miałem nikogo takiego.

Miałem ochotę się upić. Albo jeszcze lepiej, upić się i pójść na dziwki. Męskie dziwki, rzecz jasna... Albo po prostu popełnić samobójstwo. Wcale nie musi być bezbolesne, ważne, żeby było szybkie. Każda sekunda myślenia, tęsknoty, nadziei na przekór nadziei bolała. I choć doskonale wiedziałem, że nigdy nie odebrałbym sobie życia wiedząc, że mam zadanie do wykonania, wstałem i wyszedłem z lochów, kierując się ku Wieży Astronomicznej.

Może spojrzenie z wysokości na świat pozwoli mi nabrać jakiegoś dystansu do śmierci, samotności i siebie samego. Może.

* * *

Wdzięczny, że nie zostałem złapany przez żadnego nauczyciela w jednej z moich częstych wypraw na Wieżę, zdjąłem pelerynę niewidkę z ramion i usiadłem na szerokim wewnętrznym parapecie przy jednym z okien.

Mimo, że zapadła już noc, wiatr niósł ze sobą ciepłe letnie powietrze, przesycone zapachem rozgrzanej sierpniowym słońcem ziemi, żywicznego aromatu drzew i świeżej woni świerkowych igieł znad Zakazanego Lasu. Czasem, gdy kierunek wiatru się zmieniał, mogłem poczuć zapach dojrzewających owoców z sadów opodal Hogsmeade.

Odetchnąłem głęboko, sycąc się tym bogatym w aromaty powietrzem, próbując wyryć je w pamięci na zawsze.

Chciałem dobrze je zapamiętać: moje ostatnie wakacje w trakcie nauki w Hogwarcie, pierwsze, jakie spędzałem w zamku. Jako że w ubiegłym roku, po ukończeniu szesnastu lat, przestałem już być małoletni, Dursleyowie kategorycznie odmówili trzymania mnie pod swoim dachem w trakcie następnych wakacji, a gdy Dumbledore nalegał na to, przypominając im o ochronach domu na Privet Drive, w akcie sprzeciwu przeprowadzili się do Stanów.

Pod koniec tego roku szkolnego zostałem więc w Hogwarcie, snując się w jego murach niczym kolejny duch. Byłem znudzony do granic możliwości, przez co czepiałem się najróżniejszych zajęć, czy to w szklarniach, pomagając profesor Sprout z jej nie zawsze bezpiecznymi okazami magicznych roślin, czy to na błoniach, dotrzymując towarzystwa Hagridowi i wspierając go w jego obowiązkach gajowego.

I choć byłem głęboko wdzięczny wszystkim dobrym siłom za to, że nie musiałem dłużej pozostawać u Dursleyów, nie zmieniało to faktu, iż moim czasem niepodzielnie rządziły samotność i pustka. Byłem jak niechciane dziecko, które przerzuca się z miejsca na miejsce, od drzwi do drzwi, w złudnej nadziei, że ktoś je zechce, ktoś je przyjmie jak swoje. Co działo się tylko w moich marzeniach...

Tylko w marzeniach.

I choć już dawno przestałem być dzieckiem, w głębi duszy wciąż błagałem bezgłośnie choć o pył strzepnięty ukradkiem z cudu, jakim jest miłość, cudu, który znałem tylko z opowieści.

Czasem zastanawiałem się, że może... gdybym tylko poprosił... błagał nawet... może wtedy...?

Potrząsnąłem głową w niesmaku wobec samego siebie. Jestem żałosny. Czy naprawdę upadłem tak nisko, żeby żebrać choćby o namiastkę uczucia?...

Drgnąłem, gdy usłyszałem na schodach odgłos cichych, lekkich kroków, lecz zanim zdążyłem zareagować, drzwi do Wieży otwarły się ze skrzypnięciem. Mój wzrok podążył od szczupłej, bladej dłoni, wciąż niedbale spoczywającej na miedzianej klamce, wzdłuż odzianego w czerń ramienia, aż po doskonale znajomą twarz o zapadniętych policzkach, ziemistej cerze i wąskich, zaciśniętych ustach, które aż błagały o pieszczotę.

Nie pomyślałem tego. Nie pomyślałem!

A jednak; patrzyła na mnie z pozoru niedostępna, ale dlatego właśnie tak niesamowicie pociągająca twarz Mistrza Eliksirów. Czarne, lśniące oczy kryły w sobie... coś. Groźbę? Cholernie prawdopodobne. Wiedzę? Niewątpliwie. Tajemnicę? I to niejedną, o ile mogę to ocenić.

Pokusę...

Potrząsnąłem głowę, wracając do rzeczywistości, która nie zapowiadała się zbyt kolorowo.

Zostałem przyłapany – kolejny raz – na łamaniu szkolnych zasad, i to przyłapany przez nikogo innego, jak przez osobę, która z najwyższą chęcią skorzysta z okazji, by przykładnie i bez litości mnie ukarać. Gdyby Snape mógł jeszcze spowodować moje wywalenie ze szkoły... Ale nie; na moje szczęście, a ku jego głębokiemu rozczarowaniu, było to niemożliwe. Cóż, założę się, że powetuje to sobie w inny sposób...

Spiąłem się w sobie w oczekiwaniu na burzę... która nigdy nie nadeszła.

— Harry.

To jedno słowo uświadomiło mi w całej rozciągłości, jak bardzo to, co właśnie się działo, było różne od osobliwej mieszanki niechęci i nienawiści, jakimi karmiliśmy się nawzajem przez sześć długich lat.

Harry. Nigdy nie sądziłem, że moje, bądź co bądź pospolite imię może brzmieć w ten sposób. Taka mnogość znaczeń w jednym krótkim słowie, wymówionym z dźwięcznym brzmieniem nieskończonych obaw, wątpliwości i nadziei.

Nie wiem, skąd się wzięła we mnie zuchwałość, by odpowiedzieć w tym samym tonie:

— Severusie.

Smakowałem jego imię na języku. Było ostre i pikantne, jednocześnie raniło i pieściło mój język przy każdej głosce, każdym dźwięku. Imię piękne tym surowym pięknem nieoszlifowanego diamentu, pięknem dzikiej, nieujarzmionej przyrody, zachwycającej i niebezpiecznej zarazem.

Imię takie, jak on...

Gdy je wypowiedziałem, było to tak, jak bym rzucił zaklęcie: wszelkie dzielące nas bariery znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

— Wiesz o planowanym ataku w pierwszy dzień roku szkolnego — wyszeptał Mistrz Eliksirów, wchodząc do środka i bezszelestnie zamykając za sobą drzwi, które tym razem nawet nie skrzypnęły.

To nie było nawet pytanie, lecz zwykłe stwierdzenie faktu. Mimo wszystko zdecydowałem się je potwierdzić:

— Tak, wiem.

— Mam... misję do wykonania. Nie wiem, czy z niej wrócę. Właściwie, moje szanse przeżycia są żałośnie małe...

Na te słowa coś zimnego zakleszczyło się ciężko na mojej klatce piersiowej, nie pozwalając mi nabrać oddechu. Twardy knot przerażenia i rozpaczy zatkał gardło, tak, że nie mogłem wykrztusić słowa.

Snape – nie! Severus – podszedł bliżej i położył mi rękę na ramieniu, odganiając precz moje koszmary: widok jego pozbawionego życia ciała, oczu matowych, nieświadomych, patrzących ślepo w jakiś punkt daleko w przestrzeni... Dopiero intensywne spojrzenie mężczyzny, który stał tuż przede mną cały i zdrowy, ukoiło na chwilę moje obawy.

— Słyszałeś kiedyś o Prawie Ostatniej Nocy, Harry? — zapytał cicho Mistrz Eliksirów.

Kiwnąłem głową niechętnie. Tak, słyszałem, jednakże w okolicznościach, o których wolałbym zapomnieć. To prawo połączyło na jedną noc Remusa i Tonks. Na następny dzień Lupin wyruszył pertraktować z wilkołakami i już nigdy nie wrócił. Jego drugie spotkanie z Fenrirem Greybackiem okazało się jeszcze tragiczniejsze, niż pierwsze...

— Chciałbym... Nie, to idiotyczne, masz dopiero siedemnaście lat... Widzisz, Harry, ja...

Przez chwilę słuchałem niepewnych, wypowiadanych z trudnością słów, które w żaden sposób nie chciały wyrazić tego, co mężczyzna miał na myśli. Aż wreszcie zrozumiałem. I poczułem się pijany myślą, że on, Severus Snape, naprawdę chce ze mną spędzić swe ostatnie chwile. Byłem lekki rodzącą się powoli nadzieją, rozkwitającą w niosącym obietnicę spojrzeniu mężczyzny, tak jak roślina rozkwita w pieszczących ją promieniach słońca.

Może jednak nie będę musiał żebrać o uczucie?...

— Jeśli chcesz powiedzieć to, co myślę, że chcesz powiedzieć... To tak, zgadzam się być lekarstwem na twoją samotność. — Choć raz w życiu nie zabrakło mi słów, by ubrać moje myśli w słowa. I po raz pierwszy to ja byłem ten elokwentny, podczas gdy Mistrz Eliksirów tylko patrzył na mnie, oniemiały.

Uśmiechnąłem się lekko i wspiąłem na palce, by pocałować te wąskie, kuszące swą niedostępnością usta. Jednak te zacisnęły się w cienką linię.

— Potter, seks z litości to ostatnia rzecz, której potrzebuję... Z łaski swojej zachowaj swoje miłosierdzie dla kogoś, kto jest na tyle zdesperowany, by je potrzebować! — warknął.

Wcześniej może te słowa zrobiłyby na mnie wrażenie, ale nie teraz, gdy słyszałem, jak Severus wypowiada moje imię w sposób, w jaki nikt inny jeszcze nawet nie próbował. I mimo że wiedziałem, iż oboje byliśmy na tyle zdesperowani, by rozpaczliwie kogoś potrzebować, to jednak nie desperacja sprawiała, że potrzebowaliśmy właśnie siebie nawzajem.

Byliśmy tak samo głodni uczucia i dlatego żaden z nas nie mógł czuć się ani lepszy, ani gorszy z tego powodu.

— To nie litość, Severusie — przekonywałem łagodnie. — To zrozumienie. Uwierz mi, będę zaszczycony, mogąc towarzyszyć ci teraz i podczas Ostatniej Nocy — powiedziałem z przekonaniem, przepełniającym moje ciało, duszę i serce.

I dopiero na te słowa, jak gdyby były one hasłem, które znają tylko wtajemniczeni, usta mężczyzny rozchyliły się, by złączyć się z moimi.

* * *

Gdyby marzenia były końmi, żebracy jeździliby wierzchem...

Cóż, ostatecznie przestaliśmy być żebrakami, jakimi byliśmy wcześniej, nim spełniliśmy nasze sny, odnajdując się nawzajem. I nawet jeśli nie jechaliśmy już na żadnym wierzchowcu marzeń, ja i Severus, w jego ostatnią podróż wyruszyliśmy pieszo, ale razem, we dwójkę, czekając, aż rozdzieli nas świt.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Yaoi Fan Strona Główna -> Konkursy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
 
 


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

 
Regulamin