Yaoi Fan - Forum Literackie

Forum Yaoi Fan Strona Główna
 

 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja  Profil   

Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

 
Tekst I [S.E.] *Sol*


 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Yaoi Fan Strona Główna -> Konkursy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość

Almare
Banshee
Banshee




Dołączył: 27 Kwi 2006
Posty: 237
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 10 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 19:54, 16 Wrz 2006    Temat postu: Tekst I [S.E.] *Sol*

TEKST I


<center>PO NIEPEWNYM GRUNCIE</center>


W momencie, w którym zobaczyłem go w moim parku, siedzącego na mojej ławce i uśmiechającego się do mnie kpiąco, miałem ochotę zrobić wiele rzeczy. Pierwsze, co mi przyszło na myśl, nie było zapewne bardziej rozsądne od wszystkiego, o czym pomyślałem później. Chciałem wyciągnąć różdżkę i zaserwować mu po kolei wszystkie zaklęcia, jakich zdołałem się nauczyć przez ostatnie sześć lat w Hogwarcie. Chciałem również rzucić się na niego i pięściami dać do zrozumienia, co o nim myślę, mimo, że w biciu się nigdy nie byłem najlepszy – zazwyczaj stanowiłem ofiarę, nie napastnika. I w końcu chciałem zacząć krzyczeć – jak on śmiał przychodzić tutaj, siedzieć, jakby nic się nie stało i bezczelnie patrzeć na mnie, nie mówiąc ani słowa…
I do dzisiaj nie potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego wobec tych trzech możliwości wybrałem czwartą – stałem jak wryty i gapiłem się na niego, jakbym widział go po raz pierwszy w życiu. Nie mogłem ruszyć się z miejsca, sam widok akurat tej osoby skutecznie wbił mnie w ziemię. Nie poruszyłem się też wtedy, kiedy wstał i podszedł do mnie powoli, ostentacyjnie bawiąc się różdżką.
- Zanim cokolwiek powiesz – zaczął, nie spuszczając ze mnie wzroku, jakby chcąc mieć pewność, że nie zrobię czegoś niepożądanego – chciałbym cię zapewnić, że jestem tu w celach… pokojowych. – Ostatnie słowo wręcz wypluł.
- Masz dziesięć minut, Malfoy, zanim zrobię to, co powinienem zrobić, jak cię tylko zobaczyłem w tym miejscu – oświadczyłem chłodno, w duchu nakazując sobie opanowanie i spokój… Bo inaczej, niewykluczone, że dziesięć minut szybko przeistoczyłoby się w zaledwie minutę.
- Powtórzę, gdybyś z niewyjaśnionych przyczyn nie zrozumiał – mam ci pomóc. I nie obchodzi mnie twoje sceptyczne podejście do tego, sam nie jestem zadowolony. Kto jak kto, ty powinieneś wiedzieć coś o rozkazach z góry. – Uśmiechnął się kpiąco, nadal patrząc na mnie uważnie. – Mniejsza o to, Potter. Widzę, że ledwo się powstrzymujesz od walnięcia we mnie jakimś zaklęciem, więc będę się streszczał. Mam kilka informacji, które mogłyby cię zainteresować.
- Nie interesują mnie informacje od ciebie, Malfoy – wysyczałem. – I… jak śmiesz tu się pojawiać, po tym wszystkim, co zrobiłeś w czerwcu…
- Czego nie zrobiłem, chciałeś powiedzieć – podpowiedział usłużnie.
- Spowodowałeś to, tyle wystarczy. Zostało ci już tylko pięć minut i wreszcie dostaniesz to, o co prosisz się od lat. – Nawet nie starałem się ukryć nienawiści, jaką do niego żywiłem. Nerwy miałem napięte jak postronki i musiałem zebrać całą siłę woli, żeby stać spokojnie i faktycznie wysłuchać tego, co miał mi do powiedzenia. Malfoy zamknął oczy i westchnął ciężko, jakby przygotowując się do czegoś, czego chciał uniknąć. Odezwał się w momencie, kiedy sięgałem po różdżkę:
- Potter, jak byś zareagował, gdybyś się dowiedział, że byłeś częścią pewnego wielkiego planu?
- Może ci to umknęło, ale jestem częścią samych wielkich planów prawie od momentu, kiedy się urodziłem. – Zmrużyłem ze złością oczy. Cholera jasna, myślałem, czy on tu przyszedł tylko po to, żeby pobawić się w jakieś pieprzone zgadywanki?! Zacisnąłem pięści, wbijając sobie paznokcie w dłonie.
- Więc jeden w górę czy w dół nie sprawi ci różnicy. Mam propozycję – nie będę bawił się w niepotrzebne wstępy, powiem, co mam powiedzieć, a ty nie będziesz mi przerywał i dokładnie przemyślisz sytuację. – Skinąłem nieznacznie głową, więc kontynuował: - Znasz treść przepowiedni i zapewne znasz też okoliczności, w jakich została ona wypowiedziana…
- A co to ma do rzeczy? – wycedziłem. I skąd on wiedział o przepowiedni?!
- Potter, którego słowa w zdaniu „nie będziesz mi przerywał” nie rozumiesz? – warknął Malfoy, widocznie już zły. Chyba w tamtym momencie uświadomiłem sobie, że na pewno nie przyszedł tu z własnej woli – jego nienawiść do mnie wcale nie była mniejsza niż przez ostatnie sześć lat. Wzruszyłem ramionami.
- W porządku. Kontynuując, wiem, że je znasz, więc nie musisz potwierdzać. I zapewne jak już się dowiedziałeś, kto był zdrajcą, nie zadałeś sobie trudu, żeby znaleźć coś, co by tej doskonałej opowiastce zaprzeczało? Tak myślałem – stwierdził. Widocznie mój wyraz twarzy nie pozostawiał wiele wątpliwości. – Widzisz. Gdybyś się nad tym zastanowił, może przyszłoby ci to do głowy, chociaż jestem skłonny w to wątpić. Upewnię się – wiesz, że wtedy, kiedy została wygłoszona, Dumbledore był na rozmowie kwalifikacyjnej z Trelawney, tak? I w połowie jej wygłaszania przerwał im Snape. Wiesz również, że usłyszał tylko pierwszą część przepowiedni. Powiedz, nie zastanawiałeś się nigdy, jak ktoś mógł przerwać coś, co trwało, myślę, że nie więcej, jak pół minuty? Snape miał niesamowite wyczucie. Ale mniejsza – najważniejsze, że został wyrzucony w trakcie wygłaszania proroctwa. Powiedz mi jedno, Potter – właściwie kto pierwszy powiedział ci, że to właśnie Severus Snape jest zdrajcą?
Rzuciłem mu zdziwione spojrzenie. Wszystko wyrzucił z siebie niemal na wdechu, serwując mi natłok nowych wiadomości. Bądźmy szczerzy – w ogóle nie miałem pojęcia, do czego zmierzał, opowiadając mi o tym.
- Sybilla Trelawney – odpowiedziałem. Malfoy uśmiechnął się tylko kpiąco, co spowodowało, że znowu poczułem silny przypływ złości. Spojrzałem na niego z nienawiścią.
- No tak, to wiele ułatwia. Dumbledore pokazywał ci wspomnienie z tej rozmowy, prawda?
- Pokazywał, ale jeśli mówisz o tym, o czym myślę, to i bez tego wiem, jak wygląda Trelawney, kiedy zdarza jej się jakieś prawdziwe proroctwo.
Malfoy uniósł brew, najwyraźniej zdziwiony. Nie miałem zamiaru niczego mu wyjaśniać, milczałem, czekając, aż on się odezwie.
- Mniejsza. I nadal nie wiesz, do czego zmierzam? – Widocznie całym sobą krzyczałem „nie”, więc Malfoy westchnął zrezygnowany i podjął temat. – Sybilla Trelawney w momencie, w którym wygłaszała przepowiednię w Świńskim Łbie, nie była świadoma tego, co się dzieje wokół niej. A Snape został wyrzucony wtedy, kiedy była w transie. Mimo wszystko, ona zna tożsamość podsłuchiwacza. Coś tu nie gra, nie sądzisz?
Wszystko, co do tej pory powiedział Malfoy, zapewne mogłoby zacząć tworzyć w moim umyśle jedną, logiczną całość, gdyby nie fakt, że to było ostatnie, czego chciałem – wygodnie było myśleć o Snapie jako o zdrajcy, wygodnie było go nienawidzić, mając tyle powodów i wygodnie było rozkoszować się wyobrażeniami o zemście.
- Zdajesz sobie sprawę, Potter, że jedynym sensownym wyjaśnieniem jest to, że Dumbledore zmodyfikował jej pamięć w taki sposób, aby pamiętała to, co było dla niego najwygodniejsze. W tym wypadku miała pamiętać, że ktoś podsłuchiwał ich rozmowę, a tym kimś był Severus Snape.
- To śmierciożerca! – wysyczałem. - Pierwsze, co zrobił, kiedy usłyszał przepowiednię…
- Potter, na Merlina! – warknął Malfoy z irytacją. – Zapomnij na chwilę o tym, że go nienawidzisz. Czy sądzisz, że tak potężny czarodziej jak Dumbledore nie poradziłby sobie z podsłuchiwaczem? Wystarczyło jedno Obliviate, a Snape już nie pamiętałby tego, co przed chwilą usłyszał.
- Był śmierciożercą! Wiem to!
- Twój upór jest godny podziwu. Doprawdy? A skąd to wiesz? Bo według mnie nie ma na to żadnych dowodów. Chyba, że się mylę, wtedy możesz mnie oświecić i podzielić się swoimi wiadomościami.
Milczałem, mierząc go nienawistnym spojrzeniem, szukając w pamięci czegokolwiek, co mógłbym mu przedstawić jako dowód. Nic nie przychodziło mi do głowy, a widząc poszerzający się coraz bardziej uśmiech Malfoya, byłem pewien, że on sobie doskonale zdaje z tego sprawę.
- Przyjmij do wiadomości, że to wszystko było zaplanowane. Dumbledore chciał, żeby do Czarnego Pana dotarła tylko i wyłącznie pierwsza część przepowiedni.
- Zabił go. Snape – powiedziałem, ale nie zabrzmiało to tak przekonująco, jak miało zabrzmieć.
- Oczywiście. Wykonywał tylko jego rozkazy.
- Nieprawda! Zrobił to, bo musiał cię chronić, przez tę Przysięgę Wieczystą! – Zdenerwowałem się. Niech mówi, co chce, ale… przecież to by było prawie jak samobójstwo! Miałem ochotę rzucić się na Malfoya tak, jak stałem, nie kłopocząc się różdżką, zaklęciami, niczym. Odczuwałem wielką chęć, aby sprać go do nieprzytomności i zobaczyć, czy po tym wszystkim nadal będzie się tak krzywo uśmiechał. Zazgrzytałem ze złością zębami.
- Nie wnikam, skąd to wiesz, Potter, mimo iż nie ukrywam, że chętnie bym się dowiedział – oświadczył chłodno Malfoy, chociaż głos drżał mu od hamowanych emocji. Widocznie on też powstrzymywał się, aby nie zrobić mi nic nieprzemyślanego. Z tym, że jemu wychodziło to zdecydowanie lepiej niż mi. – Ale teraz zmuś mózg do myślenia. Po pierwsze – uciekając, Snape nie zrobił krzywdy nikomu z Zakonu Feniksa. Po drugie – w momencie, kiedy wreszcie go dogoniłeś, on tylko blokował wszystkie twoje zaklęcia. Zarówno ty, jak i ja wiemy, że, nie wysilając się zbytnio, mógł cię pokonać, zanim w ogóle zdążyłbyś się odezwać. Trzecie się z tym poniekąd wiąże – mógł cię oszołomić i zabrać ze sobą, a jednak tego nie zrobił.
Wszystko, co mówił, było bardzo prawdopodobne, ale za nic nie chciałem się z tym zgodzić. „Nie” – krzyczało wszystko we mnie. Zamknąłem oczy i przypomniałem sobie wydarzenia z końca czerwca. Wykrzywiona w grymasie złości i nienawiści twarz Snape’a, Zabijające Zaklęcie wypowiadane jego głosem, ten sam głos krzyczący „Nie nazywaj mnie tchórzem!”.
- Kłamiesz. Na pewno kłamiesz, Malfoy. Ty zawsze kłamiesz, jesteś Ślizgonem – oświadczyłem drżącym głosem, jednak sam nie do końca już wierzyłem w to, co mówię. Malfoy posłał mi wściekłe spojrzenie.
- Potter – syknął. – Uspokój się na chwilę i wyobraź sobie, że te gorące uczucia, które żywisz wobec mnie, są jak najbardziej odwzajemnione. Wierz mi, gdybym tylko mógł, wolałbym chyba faktycznie nie żyć, niż sterczeć tutaj i przekonywać takiego beznadziejnego Gryfona, jakim jesteś, do czegoś, co teraz powinno wydawać ci się oczywiste. Ale nie, ty wolisz się upierać przy tym, czym cię nakarmili ponad rok temu, bo wygodniej ci nienawidzić wszystkich wokoło, a że większość z nich kręci się wokół twojej dupy i stara się ją chronić – to już cię, cholera nie obchodzi! – Udało mi się go zdenerwować. Ostatnie zdania wypowiedział podniesionym głosem – nie krzyczał, ale był tego bliski. Teraz sam zaciskał dłonie w pięści i dyszał ciężko, jakby właśnie ukończył jakiś bieg.
Milczałem, nie wiedząc, co powiedzieć. Zdawałem sobie zapewne sprawę, że ma rację, nawet mój gniew znacznie osłabł – nie myślałem już tylko o tym, żeby zrobić mu krzywdę. Tymczasem Malfoy kontynuował, obserwując mnie uważnie:
- Dumbledore rozkazał mu, aby go zabił. I wszystko, co się stało, przewidział. Przy czym Snape dostał wreszcie posadę, na którą czekał od lat – Obronę przed Ciemnymi Mocami. Przeklętą posadę. Żaden nauczyciel nie utrzymał jej dłużej niż rok, więc dlaczego Snape miał stanowić wyjątek? Weź pod uwagę również to, jak bardzo umocniła się pozycja Snape’a wśród śmierciożerców – prawda, z jednej strony zrobił coś, czego nie powinien był robić, bo to było moje zadanie. Z drugiej jednak – Czarny Pan, zlecając mi tą misję, być może spodziewał się, że w końcu nie uda mi się zabić Dumbledore’a. W zamian za mnie zrobił to Snape. Plan się powiódł, przynajmniej do połowy. Czujność Czarnego Pana została uśpiona, ufa Snape’owi bez zastrzeżeń.
- A ty?
- A ja – Malfoy uśmiechnął się gorzko – jak już wspominałem, nie żyję. Chyba nie sądzisz, że mogłaby mnie ominąć kara. Ale to w tym momencie nieistotne. Istotna jest druga połowa planu.
- Czyli? – Mimo wysiłków, nie mogłem się doszukać słabych punktów w teorii, którą przedstawił mi Malfoy. Wszystko razem tworzyło logiczną całość i wyjaśniało kwestie, które pozostawały bez wyjaśnienia, gdyby przyjąć, że Severus Snape stoi po Ciemnej Stronie.
- Im wyższą pozycję masz wśród śmierciożerców, tym więcej wiesz o planach Czarnego Pana. Snape stoi teraz bardzo wysoko w ich hierarchii, w związku z czym dowiaduje się o wszystkim jako jeden z pierwszych. Twoim zadaniem jest wykorzystanie tych informacji w taki sposób, aby Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać nie zorientował się, że istnieje przeciek.
- Skąd wiem, że nie kłamiesz? – wycedziłem.
- Bez ryzyka nie ma zabawy – uśmiechnął się kwaśno, zapewne doskonale zdając sobie sprawę z tego, że zabawa tym razem miała dotyczyć całej społeczności czarodziejskiej. – Jutro w tym miejscu, o szóstej. Decyzja należy do ciebie, Złoty Chłopcze. – Nie dając mi szansy na powiedzenie czegokolwiek, deportował się.


***

Oczywiście, zgodziłem się, chociaż Merlin mi świadkiem, widok Malfoya był w tamtym momencie jedną z ostatnich rzeczy, na jakie miałem ochotę. Gdybym chciał je spisać, spotkanie z nim znajdowałoby się gdzieś pomiędzy Lekcją Eliksirów Ze Snape’m, a Obiadem U Voldemorta. Zaciskałem ze złością pięści, kiedy myślałem o tym, że będę teraz musiał współpracować z – jakby nie było – swoim wrogiem. Jeszcze gorzej poczułem się wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że wiadomości, które ma zamiar przekazywać mi Malfoy, zapewne wielokrotnie będą ratowały nam wszystkim życie i znacznie ułatwią wygraną. Wiedzieliśmy, że nie będzie to łatwe i również zdawaliśmy sobie sprawę, że bez pomocy z zewnątrz – której przecież nie oczekiwaliśmy – nasza wygrana jest rzeczą mocno hipotetyczną. A jednak, po śmierci Dumbledore’a nikt nawet słowem nie wspomniał o tym, jak duże jest prawdopodobieństwo przegranej. To była wojna, którą chcieliśmy wygrać bez względu na cenę.
Nazajutrz stawiłem się więc o umówionej godzinie w tym samym miejscu, w którym spotkaliśmy się wczoraj. Nie wiedziałem jeszcze, w jaki sposób wyjaśnię, skąd te wiadomości posiadam – było jasne, że nie mogłem powiedzieć tego, co opowiedział mi mój informator. Na palcach jednej ręki potrafiłbym policzyć członków Zakonu, którzy by w to uwierzyli. Podpowiedział mi Malfoy, który zasugerował, żebym wykorzystał to, iż czasami miewam wizje związane z Voldemortem. Pewnego dnia wysłałem więc list do Remusa Lupina, w którym zawarłem to wszystko, czego do tej pory zdołałem się dowiedzieć. Odpowiedź przyszła natychmiast – odnosili się do tych informacji sceptycznie, ale obiecali je sprawdzić. Odpisałem, że mają być bardzo ostrożni i najlepiej niechby zaplanowali to w ten sposób, aby wszystko wyglądało na przypadek, bo inaczej Voldemort domyśliłby się, że znowu miewam wizje i mógłby mi zacząć zsyłać fałszywe. Wysyłałem im sowy średnio co trzy, dwa dni.
- Dlaczego mi tego nie powiedział? – zapytałem Malfoya któregoś dnia. Spojrzał na mnie zdziwiony, doskonale wiedział, co mam na myśli.
- Potter – westchnął. – Sekret jest sekretem wtedy, kiedy na dwie osoby, które znają jego treść, jedna z nich nie żyje – uśmiechnął się krzywo, mówiąc to. Zmierzyłem go wściekłym spojrzeniem i już miałem coś odpowiedzieć, kiedy on kontynuował: - Nigdy nie byłeś zbyt dyskretny. Prędzej czy później powiedziałbyś o tym komuś, kto nie powinien wiedzieć nic na ten temat. Na przykład swoim… przyjaciołom.
- Nie powiedziałbym – warknąłem, chociaż wcale nie byłem tego taki pewien. Malfoy nie miał do końca racji – gdyby Dumbledore rozkazał mi nie mówić o tym absolutnie nikomu, nie powiedziałbym. Jednak istniało duże ryzyko, że coś wymknęłoby mi się przypadkiem. Ron mógłby tego nie zauważyć, ale Hermiona nie dałaby mi spokoju. I Malfoy chyba o tym wiedział.
- Jesteś pewien? – Rzucił mi zagadkowe spojrzenie i, nie czekając na odpowiedź, deportował się.

***

Był irytująco punktualny. Nigdy się nie spóźniał, zawsze pojawiał się na miejscu dokładnie o ustalonej godzinie – nie było sytuacji, w której przybyłby za późno chociaż o minutę. Starał się też być wobec mnie uprzejmy, chociaż niejednokrotnie zdarzało mu się zapomnieć – wtedy sypał złośliwymi uwagami; i to denerwowało mnie chyba o wiele bardziej, niż ta wymuszona grzeczność.
Nawet nie zauważyłem, kiedy minął prawie miesiąc od naszego pierwszego spotkania. Zjawiał się co dwa dni i w pewnym momencie złapałem się na tym, że czekam na niego z niecierpliwością – mimo iż był takim strasznie irytującym dupkiem, stanowił oderwanie od tej wakacyjnej codzienności. Prawdę mówiąc, jeszcze żadne wakacje nie mijały mi tak szybko – może dlatego, że teraz nie wyczekiwałem już powrotu na „stare śmieci”. Pierwszy września nie miał oznaczać kolejnego roku w Hogwarcie – tym razem czekało mnie coś znacznie poważniejszego i bardziej podniecającego. W „dorosłość” miałem wkroczyć bez oglądania się.
- Dzisiaj mam urodziny – powiedziałem mu, gdy pojawił się trzydziestego pierwszego lipca. Właściwie bez żadnych nowych informacji – trudno by było wymagać od Voldemorta, żeby co dwa dni wymyślał coraz to nowe plany i informował o nich swoich podwładnych. Czasami tak było – pojawiał się zgodnie z umową i oświadczał, że „dziś nic nowego, Potter”. Gdy zrobił tak po raz pierwszy, nie za bardzo wiedziałem, po co w takim razie w ogóle przyszedł. Zapytany, Malfoy nie odpowiedział, posłał mi tylko zagadkowe spojrzenie. Z czasem zaczęliśmy rozmawiać – na początku był ciekaw, co powiedziałem członkom Zakonu odnośnie posiadania takich wiadomości. Później rozmowy toczyły się na bardziej zwyczajne tematy.
- Wybacz, nie przyniosłem ze sobą prezentu – zaśmiał się. – Mam ci złożyć życzenia? Czy jak?
- Nie bądź głupi – warknąłem. – Chodziło mi o to, że… No, w sierpniu miało mnie tu nie być… Znaczy, Dumbledore mówił, że pole ochronne będzie działać, dopóki nie skończę siedemnastu lat. Skończyłem. Dziś. Czyli mógłbym się już stąd wyprowadzić…
- Więc to nasze ostatnie spotkanie – oświadczył chłodno Malfoy. No tak, tego się spodziewałem.
- Właściwie dlaczego?
- Tu jest założone pole ochronne, które uniemożliwia wykrycie jakichkolwiek czarów. Właściwie tylko dlatego mogę się tu bezpiecznie aportować, inaczej Czarny Pan prędzej czy później wyczułby moją magię… Nie pytaj, bo sam nie wiem, na czym to polega. Takie dostałem instrukcje i zgodnie z nimi mam postępować. – Skrzywił się. – Zapewne zauważyłeś, że spotykamy się zazwyczaj o tej samej godzinie, prawda? To też ma z tym związek. Bariera najsilniejsza jest o tej porze, o której została założona, w tym wypadku o szóstej wieczorem. Powiedzmy, że od szóstej mam godzinę i muszę wracać, bo stopniowo jej siła zaczyna słabnąć. Zakładam, że około piątej rano byłaby już szczątkowa.
- Rozumiem.
Faktycznie, to było zrozumiałe. Podejmując swoją „wyprawę” nie zamierzałem zostawać w jednym miejscu dłużej, niż by tego ode mnie wymagała sytuacja, a trudno byłoby wymagać od Snape’a, aby aportował się za każdym razem w innym miejscu i zakładał barierę ochronną tylko dlatego, żeby Malfoy mógł się tam potem bezpiecznie aportować.
- A właściwie… Dlaczego to musisz być koniecznie ty? Dlaczego to nie może być Snape? – Nadal nienawidziłem tego faceta i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Malfoy zapewne też, bo tylko uśmiechnął się krzywo.
- To, o czym pomyślałeś, jest jednym z powodów. Drugi to Czarny Pan. Owszem, Snape jest mistrzem, jeśli chodzi o legilimencję, ale zawsze istnieje ryzyko. Wiem, o co chcesz zapytać. Sam-Wiesz-Kto, przeszukując umysły swoich poddanych, skupia się na konkretnych osobach. Nie będzie się interesował czarami, które ostatnio rzucali, czy teoretycznie zmarłymi czarodziejami – mam na myśli siebie. Natomiast będzie się interesował tobą, Lupinem czy też innymi członkami Zakonu.
- Rozumiem. Im bardziej coś go nie interesuje, tym łatwiej Snape’owi będzie to ukryć… Czyli Voldemort nie będzie szukał Snape’a przekazującego ci informacje, bo jest pewien, że już nie żyjesz. Będzie natomiast szukał Snape’a przekazującego informacje mi, albo komuś z Zakonu, tak?
- Dokładnie. – Malfoy westchnął, wstając z ławki. – W takim razie, żegnaj, Potter. Oczywiście, nadal będę cię informował o ważniejszych poczynaniach Czarnego Pana, ale już nie tak często. Listy będą przychodzić co tydzień, może co dwa. Sowy łatwo przechwycić.
- Zaczekaj. – Spojrzał na mnie, unosząc wysoko brwi. – Właściwie to… Cóż, mógłbym tu zostać jeszcze miesiąc. Na początku września jest wesele Billa i Fleur, więc to wyklucza jakąkolwiek dłuższą wyprawę. I tak musiałbym czekać. A to już w sumie żadna różnica, czy poczekam tutaj, czy w jakimkolwiek innym miejscu. Prawda?
- Nieprawda. Jeśli poczekasz tutaj, zyskujesz jeszcze jeden miesiąc z dokładnymi informacjami. Do zobaczenia za dwa dni, Potter.
Wzruszyłem ramionami, patrząc, jak się deportuje. Co prawda, nie wiedziałem jeszcze, jak wytłumaczę to Dursleyom, ale miałem przeczucie, że wybrałem najlepszą z możliwych opcji.


***

Pewnego dnia nie przyszedłem na spotkanie. Nie wiem, co mnie do tego podkusiło – zapewne byłem ciekaw jego reakcji. Obserwowałem, jak wskazówki zegara powoli przesuwają się na szóstą i z niecierpliwością czekałem, aby cokolwiek się wydarzyło. Siedziałem sztywno na łóżku i chyba wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo przywykłem do jego wizyt. Nie to, że go polubiłem – Malfoy nadal był tym samym cholernym, zapatrzonym w siebie arystokratą, co rok, czy dwa lata temu, ale mój stosunek do niego w pewien sposób się zmienił – nie czułem już nienawiści, kiedy o nim myślałem. Raczej niechęć. Byłem natomiast pewien, że gdyby tylko chciał, Malfoy zaledwie kilkoma słowami potrafiłby przywrócić dawny stan rzeczy.
Czas mijał, a ja nadal rozmyślałem nad naszymi relacjami. Właściwie trudno było mi usiedzieć na miejscu, chciałem iść na to spotkanie. Bezczynne siedzenie, nawet jeśli trwało tylko kilkanaście minut, za bardzo przypominało mi o tym, jak spędzałem dotychczas swoje wakacje. To lato było całkiem inne – nie dość, że niosło ze sobą coś innego, to jeszcze spędziłem je w zupełnie odmienny sposób, niż robiłem to zazwyczaj. W gruncie rzeczy, w całkiem przyjemny sposób.
Wybiła siódma. Podniosłem się gwałtownie z łóżka, zastanawiając się, czy gdybym teraz pobiegł, zastałbym jeszcze Malfoya w parku. Podszedłem do okna i wyjrzałem na ulicę. W momencie, w którym już miałem odejść, ktoś krzyknął „Potter”. Spojrzałem, zaskoczony i ujrzałem Malfoya stojącego trochę na lewo od mojego domu. Ciężko oddychającego, zarumienionego Malfoya; i nawet z tak dużej odległości mogłem dostrzec, że jest cholernie zły.

***

- Co ty sobie, do cholery, myślałeś?! Potter, ty skończony kretynie, zidiociały Gryfonie! Co to niby miało znaczyć, co?! Chciałeś mi pokazać, że masz w dupie to, że znowu się ktoś przez ciebie naraża?! – Krzyczał Malfoy, kiedy już udało mi się wpuścić go do swojego pokoju. Ledwo zdążyłem rzucić zaklęcie wyciszające; w duchu dziękowałem wszystkim znanym mi bóstwom, że mogłem już używać magii poza szkołą.
- Eee… Ja… - zacząłem i przerwałem, zastanawiając się, co niby chciałem powiedzieć. Tymczasem wzrok Malfoya ciskał błyskawice; oddychał ciężko i energicznie wymachiwał rękami, jakby chcąc podkreślić każde swoje słowo.
- A pomyślałeś chociaż przez chwilę o barierze, durniu?! Czy ty w ogóle słuchałeś mnie, jak ci to wyjaśniałem?! NIE MOŻEMY ryzykować tylko dlatego, że nie chciało ci się ruszyć dupy z miejsca i przyjść tak, jak się umawialiśmy! A może chciałeś po prostu udowodnić, że Wielki Potter, Chłopiec, Który Przeżył może sobie robić co chce?! Że jeśli postanowisz sobie, że dzisiaj mnie olejesz, to będziesz się konsekwentnie trzymał tej decyzji?! NO POWIEDZ, IDIOTO, DLACZEGO NIE PRZYSZEDŁEŚ?! – Malfoy już nie krzyczał. On wrzeszczał, wrzeszczał tak, jak jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się słyszeć. Z trudem opanowałem chęć zatkania sobie uszu, wiedziałem, że ten gest byłby zapewne kroplą przepełniającą czarę.
Zastanowiłem się nad jego słowami. Właściwie miał rację – nie przyszedłem tylko dlatego, że akurat tak sobie postanowiłem. I ta cholerna bariera… Zapomniałem o niej na śmierć. Słuchałem go wtedy, kiedy mi o tym opowiadał, ale dziś kompletnie wypadło mi z głowy, że miejsce, w którym się spotykamy, jest obłożone jakimikolwiek czarami.
- Malfoy… Ja… - Nadal nie wiedziałem, co powiedzieć. Chciałem go przeprosić, ale nie mogłem wydusić z siebie słowa, po prostu stałem i patrzyłem, jak chłopak powoli odzyskuje panowanie nad sobą. Nie zajęło mu to długo. Po chwili wyglądał tak, że nikt nie zgadłby, iż kilka sekund temu zachowywał się o wiele gorzej od stada rozszalałych hipogryfów.
- Nie mów nic, Potter – powiedział chłodnym, chociaż nadal nieco drżącym od emocji, głosem. – Mam nadzieję, że skoro już wpadłeś na ten iście genialny plan, to znasz również jego konsekwencje. Jest…
- Malfoy. Właściwie dlaczego tu przyszedłeś? Przecież mogłeś się deportować, kiedy bariera była jeszcze silna…
Rzucił mi zirytowane spojrzenie.
- Myślałem, że coś ci się stało, ty głupi durniu.
Martwił się o mnie?
- Słuchaj… Nie martw się, na pewno coś wymyślimy i wrócisz…
- Och, nie, Potter – uśmiechnął się krzywo. – Ja już coś wymyśliłem. Zostaję tu na noc i nie ruszam się aż do jutra. Nie mam zamiaru nocować na parkowej ławce, bo byłeś na tyle głupi, żeby…
- Przestań – warknąłem. – Dobra, przepraszam. Jest ok? Przecież wiesz, że po prostu nie pomyślałem o tej barierze, gdybym pomyślał…
- O, tak. Gdybyś pomyślał, może teraz wszystko byłoby dobrze, niestety, swoim starym zwyczajem nie pomyślałeś, a teraz masz konsekwencje. Śpię tutaj. Na łóżku.
- Nie ma mowy! A ja?! W końcu ty wcale nie musiałeś tutaj przychodzić, to twoja wina! Jestem już dorosły, Malfoy, potrafiłbym się obronić i nie potrzebuję twojej pomocy!
- Śpię. Na. Łóżku – wycedził przez zęby, robiąc odstęp po każdym słowie. – Nie obchodzi mnie, czy ci się to podoba, czy nie. Rób, co chcesz. Zresztą, ono jest na tyle duże, a ty na tyle chudy, że na pewno zmieścimy się we dwójkę.
- Kopię przez sen.
- Nie martw się. Jak mnie kopniesz, na pewno ci oddam.

***

I czasami zastanawiałem się nad tym, jak to wszystko dalej by się potoczyło, gdybym tamtego dnia jednak stawił się o szóstej w parku.

***

Leżałem sztywno, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, wpatrując się w sufit. Nagle bokserki wydały mi się bardzo nieodpowiednim strojem do spania i prawie wyskoczyłem z łóżka z zamiarem ubrania się w spodnie i bluzkę. Tuż obok mnie wyciągnął się Malfoy – doprawdy, zachowywał się, jakbyśmy byli na jakimś biwaku! Założył ręce pod głowę i oddychał równo, spokojnie. Nie odzywał się w ogóle. Przekrzywiłem głowę tak, że widziałem jego twarz. Oczy miał zamknięte, usta ułożone w coś na kształt leniwego uśmiechu. Wyglądał inaczej niż za dnia – właściwie wcale nie wyglądał jak on. Bez tego chłodnego, ironicznego uśmieszku, który zdawał się być na stałe przylepiony do jego twarzy, sprawiał całkiem inne wrażenie.
Rozmyślając nad dzisiejszym dniem, powoli zapadałem w sen. Poruszyłem się niespokojnie i odwróciłem plecami do Malfoya. Będąc już właściwie na granicy snu, przypomniałem sobie, że właściwie nadal bywają noce, kiedy miewam koszmary. Z tym, że tego lata była to mieszanka wybuchowa – cmentarz, Cedrik, Syriusz wpadający za zasłonę i w końcu Snape zabijający Dumbledore’a. I absolutnie nie chciałem, żeby jeden z tych koszmarów przyśnił mi się akurat tej nocy.

***

Obudziłem się kilka godzin później. Pierwszym, co zarejestrowałem, był delikatny dotyk ręki na ramieniu – dopiero po chwili zorientowałem się, że jestem spocony i drżę, że na przemian robi mi się to zimno, to gorąco. I momentalnie stanęły mi przed oczami obrazy z koszmaru – znowu wydarzenia z końca szóstego roku. Zacisnąłem mocno oczy, ale twarz Snape’a wykrzywiona w grymasie złości i nienawiści nie chciała zniknąć, a głos Dumbledore’a cały czas rozbrzmiewał w moich uszach. Właściwie nie słyszałem już nic poza „Severusie, błagam”. I za chwilę Syriusz wpadający za zasłonę… Jęknąłem głośno, ręka spoczywająca na moim ramieniu zacisnęła się mocniej. Ktoś mną potrząsał. I ktoś coś mówił, najprawdopodobniej do mnie, bo przecież nikogo innego tutaj nie było…
Otworzyłem gwałtownie oczy i zobaczyłem nad sobą twarz Malfoya; wyglądał niemal na zatroskanego. Dopiero po chwili doszło do mnie, że to właśnie on cały czas mówił.
- Potter – szeptał, głos miał zachrypnięty od snu. – Potter, uspokój się… Potter… Harry…
Zacząłem się trząść. Znałem schemat, to samo przechodziłem za każdym razem w takiej sytuacji. Nawet nie musiałem zamykać już oczu – twarz Snape’a wisiała centralnie nade mną, mimo, że wiedziałem, iż to niemożliwe.
- Przestań… przestań, nie, nie, nie rób tego…! Nie…- jęczałem, usiłując się zwinąć w kłębek na łóżku. Niestety, przeszkadzał mi w tym Malfoy. – Nie! SYRIUSZ, NIEEEE! – Teraz już krzyczałem. W tym samym momencie zacząłem się szarpać, usiłując się wyrwać z uścisku, ale nie mogłem. – Syriusz…
Chyba byłem już bliski płaczu. Zanim się obejrzałem, zdarzenie z Departamentu Tajemnic zniknęło mi sprzed oczu – pojawił się znowu Snape z tą swoją wykrzywioną twarzą. Szarpałem się coraz gwałtowniej, krzyczałem, jęczałem, kiedy nagle poczułem czyjeś usta na swoich – i przez chwilę chciałem umrzeć. Kiedy doszło do mnie, że to nie mógł być Snape, odprężyłem się nieznacznie.
Malfoy nie pocałował mnie od razu. Dał mi kilka sekund na oswojenie się z sytuacją, dopiero po chwili zaczął delikatnie przesuwać językiem po moich rozchylonych wargach. Podejrzewam, że wtedy tego nie chciałem, jednak jakaś część mojego zamroczonego umysłu wiedziała, do czego on zmierza. Skutecznie wypychał z moich myśli obrazy, które jeszcze przed chwilą za nic nie chciały ich opuścić i pozwalał skupiać się tylko na zębach skubiących moją wargę i gorących ustach przykrywających moje. Zatraciłem się w tym pocałunku jeszcze bardziej, i szczegóły z koszmaru, jeszcze przed momentem tak bardzo wyraziste, zaczęły się zacierać, aż w końcu nie mogłem – nie chciałem – przypomnieć sobie, jak bardzo zmrużone były oczy Snape’a.
A Malfoy nie przestawał. Całował mnie zadziwiająco delikatnie, badając jednocześnie rękami klatkę piersiową. Jęknąłem, kiedy równie delikatne pocałunki zaczął składać na mojej szyi – a potem jego usta znalazły się tam, gdzie jeszcze przed chwilą były ręce. Oddychałem ciężko i szybko, czując się, jakby cała moja krew zebrała się nagle w jednym miejscu. Malfoy wisiał nade mną niepewnie, jakby nie wiedząc, co dokładnie chce zrobić. W końcu przykrył moje ciało swoim, całując mnie jednocześnie głęboko. Westchnąłem, słysząc, że on również oddycha o wiele szybciej.
Ostatnie, co pamiętam bardzo wyraźnie z tamtej nocy, to jego ręka wsuwająca się delikatnie za gumkę od moich bokserek.

***

Rano obudziłem się z okropnym bólem głowy i palącą potrzebą zwilżenia czymś wyschniętego na wiór gardła. Podniosłem się ociężale z łóżka i dopadłem do butelki wody stojącej na szafce naprzeciwko. W tym samym momencie poczułem, że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłem się i zobaczyłem Malfoya siedzącego na krześle przy biurku. Dopiero po chwili skojarzyłem, co on tu robi – a zaraz za tym wróciły wspomnienia z minionej nocy. Zdążyłem się obrócić, zanim dostrzegł wściekle czerwony rumieniec wpełzający mi na twarz. Malfoy chrząknął znacząco i usłyszałem, jak podnosi się z krzesła.
- Cóż, do zobaczenia jutro, Potter. Mam nadzieję, że tym razem przyjdziesz. – I skierował się do wyjścia, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem.
Chciałem za nim krzyknąć, żeby uważał na Dursleyów – w końcu jakbym wytłumaczył chłopaka wychodzącego rano ode mnie z pokoju? Chciałem też krzyknąć, że do szóstej jeszcze daleko i co ma zamiar robić do tej pory, skoro bariera jest teraz słaba…
Stałem jednak jak wryty, obserwując, jak zamyka za sobą drzwi. Tuż po jego wyjściu rzuciłem się do okna. Musiał mnie słyszeć – potknąłem się przy tym co najmniej o kilka rzeczy, które dziwnym zbiegiem okoliczności leżały mi na drodze – jednak nie podniósł głowy. Szedł dalej przed siebie, równym, miarowym krokiem.


***

- Miło, że przyszedłeś – powitał mnie następnego dnia Malfoy. Nie podniosłem głowy – nie miałem ochoty patrzeć mu w oczy. Mruknąłem coś w odpowiedzi.
- Dobra. Więc słuchaj uważnie, bo mamy małe zaległości… - zawiesił na chwilę głos, jakby chcąc się upewnić, że wiem, o co mu chodzi. No tak, wiedziałem. Uprzedziłem go w momencie, kiedy już otwierał usta, żeby kontynuować.
- Malfoy… ee, właściwie… co myśmy… - Cholera! Nie mogłem się wysłowić i oczyma wyobraźni już widziałem ten szyderczy uśmiech na twarzy chłopaka. – Um… no wiesz…
- No nie wiem, Potter. Może mnie oświecisz? – Ton, jakim zadał to pytanie, jasno i wyraźnie dawał do zrozumienia, że jednak wie.
- Um… Tamtej nocy… Co my właściwie… co my robiliśmy? – Czułem gorąco wpływające na twarz. Usłyszałem chrapliwy śmiech Malfoya.
- Och, o to ci chodzi! Nie martw się, Potter, nadal jesteś czysty jak łza – oświadczył chyba najbardziej ironicznym tonem, na jaki go było stać.
Podniosłem gwałtownie głowę, mierząc go wściekłym spojrzeniem.
- Malfoy! – syknąłem. – Ty… Ja… Wiesz, o co mi chodzi! Co robiliśmy?
- Różne inne rzeczy – uśmiechnął się paskudnie.
Westchnąłem z niecierpliwością. Podejrzewałem, że od niego niczego więcej się nie dowiem – sam również nie mogłem sobie przypomnieć. Ile razy bym nie próbował, wszystko zawsze kończyło się w momencie, kiedy ta jego cholerna ręka wsuwała się za gumkę od moich bokserek.
- Czy ty… znaczy, um… Chciałeś tego? – Bo ja byłem zdezorientowany. Owszem, jego metoda okazała się skuteczna, jednak przecież istniało tyle innych! Wiedziałem, że ja na pewno nie zrobiłbym czegoś takiego, gdyby to on był wtedy na moim miejscu. Uch, sama myśl o Malfoyu i homoseksualizmie wydawała się abstrakcją! Przynajmniej do niedawna.
Prawdę mówiąc, myśl o mnie i homoseksualizmie też wydawała mi się abstrakcją.
- Powiedzmy. – Skrzywił się zabawnie. – Zanim cokolwiek dodasz, chciałbym cię zapewnić, że jeśli mnie pociągasz, to pod względem tylko i wyłącznie fizycznym. A teraz, jeśli pozwolisz, wrócimy do poważnych spraw.
Skinąłem głową. Nie rozmawialiśmy już potem na ten temat – mi trudno było go poruszyć, a Malfoy wyraźnie nie miał ochoty tego roztrząsać. Nadal starałem się unikać patrzenia mu w oczy, co nie było z kolei takie trudne. Spotykaliśmy się co dwa dni, ale w przeciwieństwie do wcześniejszych spotkań, nasze rozmowy dotyczyły tylko i wyłącznie informacji, które przynosił Malfoy.
Gdy trzydziestego pierwszego sierpnia wyszedłem z domu i powolnym krokiem skierowałem się w stronę parku, aby spotkać się po raz ostatni, uświadomiłem sobie, jak polubiłem te spotkania. Sama obecność Malfoya nie wydawała się już nieznośna – jego też lubiłem na jakiś dziwny sposób.
Dziwnie się czułem, wiedząc, że widzę go już po raz ostatni i prawdopodobnie minie dużo czasu, zanim zobaczę go ponownie. Przekazał mi, co miał do przekazania i już miałem wracać, kiedy zatrzymał mnie w miejscu jego głos. Podszedł do mnie i zbliżył się na niewielką odległość – byłem pewien, że mnie pocałuje. A on tylko położył rękę na moim ramieniu i uśmiechnął się dziwnie – ironicznie, ale wcale nie przypominało to jego zwykłego, ironicznego uśmiechu.
- Do zobaczenia, Potter – powiedział właściwie miękkim głosem. – Bo jestem pewien, że się jeszcze zobaczymy.
Patrzyłem, jak się deportuje i po raz pierwszy żałowałem, że wakacje się już skończyły.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Yaoi Fan Strona Główna -> Konkursy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
 
 


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

 
Regulamin